Nasze wybory – matrix bądź fatamorgana

Od dawna mami nas się opowieściami o długach Gierka, które doprowadziły do rzekomej ruiny gospodarczej, o przestarzałym sprzęcie i technologiach, których brak wciąż pokutuje wysokim bezrobociem, a to wojskami rosyjskimi, które to w Polsce zrujnowały i wyeksploatowały  gospodarkę. Przykłady można mnożyć , temat znany doskonale niemal wszystkim.  Na tym tle od 1989 roku pojawiały się afery których nie powstydziły by się nawet Pentagon. Im większe były możliwości i zmiany w polskiej gospodarce tym większe przekręty, wyprzedaż majątku polskiego i darowizny dla tych którzy już i tak nie mało wzięli.  Polacy, jak to Polacy na afery się godzili i chociaż jednostki krzyczały, reszta przygasiła ich skutecznie. Ci co mieli ze sprzedaży majątku i z matactwa pieniądze, rozpływali się w zachwycie nad nowymi możliwościami, bo oto właśnie otworzył się dla nich Eden. Tym sposobem wąska grupa kolesi okrągłego stołu , ich bliscy i bliscy bliskich dorobili się ogromnych majątków w krótkim czasie, a ci co wynieśli ich na stanowiska i liczyli na poprawę stopy życiowej zostali z niczym i dzisiaj zaglądają do kilku warzywniaków w poszukiwaniu konkurencyjnej ceny, szczęśliwi jeśli uda im się zaoszczędzić 50gr. Kolejna nowa, stara władza, tłumaczy się wciąż tak samo,……. pieniądze gdzieś przepadły, rozpłynęły się niczym fatamorgana . Pytam, gdzie są fundusze z tzw. prywatyzacji, czyli ze sprzedaży majątku, który dzisiejsi emeryci wypracowali przez lata PRL-u ?

Ekipa okrągłego stołu je roztrwoniła, jak zwykle bez konsekwencji ( bo przecież sami tworzyli i wciąż tworzą prawo) zamiast zabezpieczyć emerytury? Gdzie są pieniądze z rezerwy demograficznej, co się stało z nadwyżką demograficzną która święciła rozkwit w latach końca 70 –tych, początek 80-tych? Kolejni prezydenci wraz z Komorowskim zachwycali się sukcesem prywatyzacji twierdząc, że III RP to bezwzględne pasmo sukcesów trwające nieprzerwanie 25 lat.
Skoro mamy już „zieloną wyspę” i wspaniały rozwój gospodarczy, jak wmawiało nam PO-PSL, a dzisiaj PiS, to gdzie są pieniądze z podatków płaconych przez owe firmy generujące ten wzrost?

Dlaczego wpływy CIT maleją mimo wzrostu PKB? To przecież absurd.
Państwo jest chore z gruntu i dopóki będzie bazowało na okrągłostołowym układzie i administrowane przez znajomków z tego układu, będzie coraz bardziej pogrążać się w chaosie, niemocy i korupcji.

Prawie 5000zł. netto wynosiłaby dzisiaj średnia płaca w Polsce, gdyby pracodawcy dzielili się z pracownikami zyskami, tak jak w połowie lat 90.
Jak podaje OECD, udział wynagrodzeń pracowników w PKB (ang. labour income share) był w Polsce najwyższy w 1996 r. (wynosił wówczas 66,5 proc. PKB). Od tego czasu maleje. W 2011 r. wyniósł tylko 53,4 proc. To spadek prawie o jedną piątą. Oznacza to, że przy obecnym poziomie dochodu narodowego, pensje pracowników mogłyby być średnio o jedną czwartą wyższe, gdyby pracodawcy dzielili się zyskami z pracownikami w takim stopniu jak w 1996 r.
W żadnym innym rozwijającym się kraju OECD spadek nie był tak duży. Na Węgrzech był o połowę niższy (z 65,4 proc. do 58,5 proc.), a na Słowacji i w Czechach zanotowano nawet wzrost udziału wynagrodzeń pracowników w PKB. W tym ostatnim kraju był on znaczący: z 55 proc. w 1996 r. do 59,9 proc. w 2011 r. Sytuacja wygląda dla Polski jeszcze gorzej, gdy weźmiemy pod uwagę tylko sektor biznesowy, tzn. po wyłączeniu rolnictwa, górnictwa, sektora paliwowego i nieruchomości. Wówczas polscy pracownicy otrzymują jedynie ok. 45 proc. wypracowywanego dochodu (dane z 2007 r.). To najmniej ze wszystkich krajów OECD. Dla porównania: na Węgrzech ten odsetek sięga 63 proc., a w Korei Południowej prawie 70 proc.
Prawo Bowleya
Podział dochodu narodowego między pracowników i pracodawców (właścicieli firm) był przez lata uważany w ekonomii za stałą. To tzw. prawo Bowleya, od nazwiska brytyjskiego ekonomisty Arthura Bowleya (1869–1957), który opracował je na podstawie danych dotyczących brytyjskiej gospodarki z końca XIX wieku i początku XX. Średnio dwie trzecie tego, co wypracowywała gospodarka, trafiało do pracowników, reszta (na przykład w formie dywidend) do właścicieli firm. Prawo Bowleya działało w większości krajów rozwiniętych aż do lat 80. XX wieku.
Jak podaje „OECD Employment Outlook 2012″, od początku lat 90. udział wynagrodzeń pracowników spadł w 26-u  z 30 krajów OECD. Mediana (wartość, powyżej i poniżej której jest połowa krajów) udziału pensji pracowników w dochodzie narodowym zmalała z 66,1 proc. do 61,7 proc.
Podstawowym źródłem dochodu dla większości obywateli jest pensja. Jeżeli mniej pieniędzy idzie na wynagrodzenia, poziom życia w kraju spada  lub rośnie bardzo wolno, biorąc pod uwagę kreatywność Polaków. Oczywiście pracodawcy muszą mieć środki na inwestycje i uzyskiwać rozsądną stopę zwrotu z zainwestowanego kapitału. Jednak najwyższy wzrost gospodarczy w dzisiejszych krajach rozwiniętych zanotowano po II wojnie światowej aż do lat 70., gdy podział między pracowników i pracodawców wynosił dwie trzecie do jednej trzeciej. Wydaje się więc, że to rozsądny kompromis gwarantujący stabilny rozwój i podnoszenie poziomu życia wszystkich obywateli.
Co więcej, dwa kraje OECD, które od lat najhojniej dzielą się z pracownikami, to Korea Południowa i Słowenia (w połowie lat 90. oddawały ponad 80 proc. wypracowanego dochodu pracownikom, a obecnie ponad 70 proc.).

Oba państwa bardzo dobrze radzą sobie gospodarczo. Słowenia była najbogatszą republiką byłej Jugosławii, a teraz poziom życia jest tam porównywalny z Włochami (w 2012 r. PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej wynosił w Słowenii 28,2 tys. USD, a we Włoszech 30,14 tys. USD). Z kolei Korea Południowa w 1987 r. miała taki standard życia jak Polska, a dziś jej PKB per capita (32,3 tys. USD) przewyższa średnią w UE (32,0 tys. USD w 2012 r.) i jest o ponad połowę wyższy niż w Polsce (20,6 tys. USD w 2012 r.).
Prawie 70 proc. wypracowanego dochodu oddają pracownikom także Niemcy, których gospodarka najlepiej poradziła sobie z kryzysem ostatnich lat i które szczycą się jednym z najniższych wskaźników bezrobocia w UE.

Jedną z lokomotyw niemieckiej gospodarki jest sektor samochodowy. A średnia stawka pracującego w nim robotnika to 67,14 USD, podczas gdy amerykański zarabia prawie o połowę mniej – 33,77 USD (a zatem dla niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego Stany Zjednoczone to kraj niskich płac). Mimo to amerykańskie koncerny bankrutują, a niemieckie świetnie sobie radzą. W 2010 r. w Niemczech wyprodukowano 5,5 mln aut, dwa razy więcej niż w USA (2,7 mln). Na przykład BMW i Mercedes-Benz wyprodukowały w macierzystym kraju odpowiednio 63 proc. i 72,4 proc. aut, a przy okazji dobrze zarobiły: zysk brutto BMW w 2010 r. to 3,88 mld euro, a Mercedesa – 4,65 mld euro.
Polska idzie w ślady Meksyku
O tym, że dla gospodarki nie jest korzystne, gdy zbyt mało wypracowanych pieniędzy trafia do pracowników, może świadczyć fakt, że wśród krajów OECD najgorzej pod tym względem jest w Meksyku i Turcji. W ostatnich latach do tamtejszych pracowników trafiało nawet mniej niż 40 proc. tego, co zarabiały firmy. Dlaczego zatem Polska idzie w kierunku Meksyku, a nie Niemiec?
Otóż wysokość płac jest wypadkową podaży i popytu na rynku pracy. Od drugiej połowy lat 90., gdy zintensyfikowano proces otwierania polskiej gospodarki na konkurencję firm z bogatych krajów UE zaczęło masowo rosnąć bezrobocie (w 1998 r. zniesiono większość ceł na produkty przemysłowe), choć po 2004 r. wyjechało 3 mln ludzi, dziś bez pracy są kolejne 3mln.

Zagraniczna konkurencja utrudniła tworzenie polskich firm przemysłowych, które generują najwięcej dobrze płatnych miejsc pracy (np. w Korei Południowej średnia płaca w przemyśle jest prawie dwa razy wyższa niż w usługach).
W efekcie działający w Polsce pracodawcy nie musieli podnosić pracownikom wynagrodzeń w takim stopniu, w jakim rosła ich produktywność, bo i tak mieli nadwyżkę chętnych.

Problemu nie rozwiąże podwyższenie płacy minimalnej, czy inne administracyjne próby wymuszenia na pracodawcach oddania większej części zysków pracobiorcom. Tylko polityka budowania silnego krajowego przemysłu może doprowadzić do tego, że odsetek bezrobotnych będzie spadać. Pracodawcy muszą więc dobrze zapłacić, by przyciągnąć pracowników, a wysokie pensje to ożywienie rynku. Nie poprawi też sytuacji ściąganie większej liczby zagranicznych inwestycji do Polski.

Jak wynika bowiem z wydanej w 2009 r. przez NBP analizy Jakuba Grońca „Determinants of the Labor Share: Evidence from a Panel of Firms” (Determinanty wysokości udziału płac w dochodzie narodowym: Dowody z panelu firm), to właśnie działające u nas zagraniczne firmy oddają pracownikom najmniejszą część zarobku, znacznie mniejszą niż rodzime spółki prywatne i państwowe.
Sytuację może istotnie poprawić jedynie sterowany przez państwo program odbudowy polskiego przemysłu na wzór tych zrealizowanych przez tzw. azjatyckie tygrysy, czyli m.in. Koreę Południową i Tajwan. Z jednej strony zwiększy to tempo wzrostu gospodarczego, a zarazem pulę pieniędzy do podziału, z drugiej – doprowadzi do tego,  że wzrośnie popyt na pracę, a zatem poprawi się pozycja negocjacyjna pracowników i większa część wypracowanego przez firmy dochodu trafi do ich portfeli.

Tymczasem Państwo które ponoć wspiera młodych przedsiębiorców, obarcza ich obciążeniami podatkowymi których nie jest w stanie udźwignąć żaden przedsiębiorca. Płacisz za własny budynek, który sam stawiasz na własnej ziemi którą uczciwie kupiłeś, co skutkowało opłaceniem w związku z zakupem wszystkich podatków, teraz urzędnicy chcą około 20.000zł. zł rocznego podatku gruntowego (przepraszam za co?). Do tego potrójne opłaty za prąd i wodę –  bo to firma. Podatki za pracownika i okresowe kary wystawiane z urzędu za przewinienia bądź zwyczajne niedopatrzenia szybko wyłapane przez urzędników.  Jak w Polsce ma się rozwinąć nowa firma, która ma być razem z innymi filarem Polskiej gospodarki?

Rzeczywistą koniunkturę pokazuje tablica świetlna w centrum Warszawy.

Obecna sytuacja zmierza w takim kierunku, jaki pokazuje film z gatunku science fiction „Elysium”. W 2154 r. istnieją tylko dwie grupy ludzi: bardzo zamożna mniejszość pławiąca się w luksusie na stacji kosmicznej Elysium i uboga większość żyjąca na zdewastowanej i przeludnionej Ziemi. Jeśli władza wciąż robi wszytko, żeby zabezpieczyć jedynie własne interesy to może niech przynajmniej zakupi wszystkim innym, relaksujące okulary przenoszące nas do innego wymiaru i świata, gdzie wszyscy skaczemy po zielonych łąkach Edenu – byłaby to taka mała rekompensata za wszystkie dotkliwe kopniaki i płonne nadzieje.

595total visits,5visits today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *