Masło i mleko w górę, a krowy na ubój

Nie trudno zauważyć, że z chwilą kiedy ogłoszono spadek PKB i co za tym idzie spowolnienie gospodarcze, ceny poszybowały w górę niczym super nowoczesne odrzutowce. Odczuwamy to każdego dnia przy najdrobniejszych zakupach. Szczególnie szokują ceny masła i przetworów mlecznych.  W prasie  pojawiła się informacja, że tak duży wzrost cen jest spowodowany brakiem produktu podstawowego.  Zatem możemy się spodziewać, że w najbliższym czasie zwłaszcza w okresie świątecznym ceny tych produktów jeszcze poszybują. Nie dalej jak pół roku temu pisano o wysokich karach nałożonych na rolników za nadprodukcję mleka – państwo w swojej łaskawości rozłożyło na raty unijne kary dla rolników.

Jeśli mamy nadwyżki, to skąd wzięły się braki? To stwierdzenie jest nielogiczne i niespójne z unijnymi przepisami. Kwoty mleczne które wprowadziła nam Unia,  to nic innego, jak limit tego, ile mleka można wprowadzić do obrotu. Kwoty gwarantują rolnikom odpowiednią cenę za surowe mleko, ustalaną w oparciu o zawartość tłuszczu. Unia nakłada na państwa odgórny limit tego, ile mleka można wyprodukować i sprzedać – nazywa się to kwotą narodową. Problem polega jednak na tym, że limity które powinny być gwarantem zarówno jakości jak i stałych dostaw mleka, często nie uwzględniały innych ważnych czynników mających wpływ na sprzedaż mleka i hodowlę bydła mlecznego. Nierzadko mleko, które odprowadza rolnik do mleczarni okazuje się niewystarczająco dobre (chodzi o zawartość tłuszczu) stąd proponuje się rolnikom cenę, która nie rekompensuje kosztów produkcji. Rolnikowi płacą za litr mleka od 0,90 do 1,20 zł.

Koszty utrzymania bydła idą w górę, nabiał idzie w górę, a cena mleka drgnęła nieco dopiero w październiku. Wielu rolników znacznie wcześniej zrezygnowało z hodowli, bo biorąc pod uwagę weterynarza, przepisy unijne odnośnie obory, nieraz trzeba było dokładać do interesu.  Stąd od dawna na naszych łąkach widać coraz mniej krów mlecznych, jak wynika z podawanych w mediach informacji nadal jest ich za dużo. Dostrzec można zbyt dużo sprzeczności, jeśli mieliśmy nadwyżkę mleka, to nie może być mowy o braku surowca, a jeśli (co widać na każdej wsi) hodowla krów mlecznych znacznie się skurczyła, to dlaczego  rolnicy mieli płacić  kary pieniężne za nadwyżki? Swoją drogą wielce zastanawiający jest fakt, dlaczego w latach 80-tych, kiedy w każdym PGR-e  trzymano krowy i każdy gospodarz miał przynajmniej jedną krasulę nadwyżek mleka nie było, a jeśli były zostały zagospodarowane.  Dzisiaj ilość krów skurczyła nam się do mniej więcej jednej fermy na cztery powiaty  i wciąż jest ich za dużo. Przeciętne stado w Polsce liczy 6 krów, podczas gdy w Danii -140 w Holandii -76, a Niemczech 46.
Przepisy dotyczące nadwyżek nie uwzględniają okresowości bydła mlecznego. Wiadomo, że w miesiącach letnich mleka jest najwięcej . Zatem skoro krowy nadal stoją w oborach, a część z nich jest wysoko cielna i nie daje mleka to z czego wzięła się nadprodukcja i dlaczego nie jest rozliczana za okres całego roku. Dlaczego nadwyżki mleka nie zagospodarowano tak, aby wykorzystać ją w okresie szczególnej absorpcji? Mleko w kartonikach stoi do dwóch lat. Więc gdzie jest problem?  Albo mamy nadprodukcję albo braki.

Sponsorowane artykuły w wielu mediach nawołują do picia mleka, bo jak nie, to będziemy chorować na osteoporozę.  Wszystko po to, żeby napędzać  kupno mleka w sklepach, a nie w sprzedaży bezpośredniej,  mleka które coraz częściej mlekiem jest tylko z koloru i nazwy.  W butelkach jest  jakaś woda farbowana na biało. Po pasteryzacji, sterylizacji brak w nim dobrych bakterii kwasu mlekowego i witamin, niszczona jest laktaza i fosfataza odpowiedzialne za przyswajanie wapnia i laktozy, więc  to wapno zaczyna nam się odkładać w organizmie, a laktoza nie jest trawiona.  Naukowcy  twierdzą ,że ludzie nie trawią laktozy i kazeiny która oblepia wnętrzności w konsekwencji ludzie chorują, niestety kazeinę dodaje się nawet do kiełbasy.
Rzecz jasna w związku z zaistniałą sytuacją limity wzrosną dla niemieckich, holenderskich i francuskich mleczarzy. Wszystkiego nagle zaczyna brakować. Najbardziej jednak brakuje  myślenia i rozsądku.  Moja rodzina tak jak większość rodzin wiejskich wychowała się na krowim mleku, białym serze, twarogu, maśle, śmietanie gęstej tak, że stała w niej łyżka. Wszyscy byli zdrowi, nie mieli problemów ani z cerą ani z zębami. Od tego czasu jednak zmieniło się wiele, a już na pewno zmienił się sposób karmienia krów.  Krowy są karmione paszą GMO to już powszechnie stosowana karma. To co ma być super zdrowe jest zdrowym jedynie z nazwy. Zatem mamy już komponent mleczny na bazie GMO za który wkrótce będziemy płacić krocie.

Zlikwidowano stada, ograniczono skup, zmniejszono opłacalność, lepiej mniej a drożej – mniej roboty, kosztów, a kasa większa . Prowadzona polityka powoduje zwyżki cen produktów mlecznych nie tylko w Polsce, co skutecznie wykorzystuje nasz rząd jako argument.  W państwach takich jak Niemcy, czy Wielka Brytania za mleko trzeba  zapłacić nadal więcej niż u nas, tyle tylko, że średnie zarobki w Niemczech to 2265 euro. Ceny masła, jogurtów zwłaszcza tych nisko tłuszczowych są niższe niż w Polsce. To jest polityka Unii Europejskiej mająca na celu prywatyzację zakładów mleczarskich i przejecie ich przez korporacje.  Unia  wprowadziła limity, a ci co skupowali i przetwarzali mleko zaniżali ceny mleka czyniąc rolników bankrutami. Krowy wybijano, a mięso szło na export za niskie kwoty nie rekompensujące kosztów hodowli. Masło produkowane w przetwórniach mlecznych posiada dodatek różnego rodzaju olejów w mniejszym lub większym stopniu. Im mniejszy udział szkodliwych tłuszczy utwardzonych, tym wyższa cena. Obecnie na rynku mamy coraz mniej masła o zawartości  90%.

Unia Europejska zamiast zajmować  się stabilizacją  rynków swoich  członków narzuca mnóstwo ograniczeń,  które w efekcie przyczyniają się do likwidacji nie tylko hodowli ale rolnictwa w ogóle. Z mlekiem jest jak z cukrem… UE wprowadziła limity, tym samym nasz cukier buraczany praktycznie z rynku zniknął.  Od 2004 r. drastycznie zmniejszyła się faktyczna liczba gospodarstw rolnych w Polsce (tych małych, rodzinnych), bo nikomu nie opłaca się mieć krów, trzody czy obsiewać pól – widać to w całym kraju. Wsie już nie są wsiami zapamiętanymi  jeszcze z lat 90 – tych , gdzie na łąkach pasły się stada krów, owiec, kóz.  Łąki, a nawet leśne polany były wykoszone, a pola obsiane. Teraz wszystko jest porzucone, a ugory porastają samosiejkami. To są efekty błędnego myślenia włodarzy, czy to europejskich czy krajowych czy nawet lokalnych. Za taką politykę zapłacą najwięcej konsumenci.

Na świecie ponoć brakuje żywności stąd ta pilna żywność z GMO i wszelkie nowinki z USA jak np. hodowla robali. Białko pochodzące z hodowli owadów w tym mączników młynarków może rozwiązać problem deficytu białka na świecie – bo ziemia, która w Polsce leży odłogiem nie jest w stanie wyprodukować więcej.

Oczywiście według urzędników mamy „wolny rynek”. Tak długo, jak długo były limity produkcji ceny mleka były stabilne. Kiedy zniesiono limit, ceny poleciały w dół, i to tak drastycznie, że małe przedsiębiorstwa nie były w stanie konkurować z gigantami i bankrutowały. W  efekcie ilość mleka na rynku spadła. Póki regulacje były to  duży i mały producent mógł zarobić i się utrzymać. Teraz zostały giganty, bo konkurencja kończy się w momencie powstania holdingów i monopolistów, którzy wynurzają się w sytuacji, kiedy rynek jest całkowicie wolny. Gdy na rynku zostaje 3 czy 4 gigantycznych producentów dogadują się w sprawie cen, prosty mechanizm. Nieokiełznana chciwość jest źródłem podwyżek.

Z tej perspektywy patrząc można śmiało powiedzieć, że limity są wskazane lecz ich skuteczność i stosowanie należy dopracować. Polscy producenci powinni mieć zapewnione ceny gwarantowane, limity należy wprowadzić na hodowle krów mlecznych. Jeśli kilkadziesiąt ferm zapewni wymaganą ilość mleka dla danego kraju to takie fermy trzeba wspierać a nowe tworzyć tylko w przypadku otwarcia się na nowe rynki zbytu – głównie kraje III świata. Nie rozumiem dlaczego nasze rządy nie dbają o własny kraj . Zadaniem rządów jest utrzymać taki poziom hodowli wszelakiej, żeby wyżywić własny naród korzystając z zasobów własnej żywności. Przepisy unijne powinny wspierać produkcję i narzucać standardy ale nie powinny ingerować w wielkość tej produkcji w danym kraju – bo to niszczenie gospodarki. Żaden rozsądny rząd nigdy nie powinien dać przyzwolenia na import tego rodzaju żywności, którą jesteśmy w stanie sami wyprodukować. Eliminacja producentów nie tylko daje pole do popisu monopolistom ale stwarza ogromne zagrożenie dla ludzkości w przypadku  ewentualnych klęsk urodzaju. Skupianie się do kilku głównych producentów to widmo głodu na świecie w konsekwencji eliminacja ludności  w tym w państwach unijnych.

Po cichu podnosi się ceny, a rządzący teraz grzebią w ziemi. Nikt nie patrzy ile kosztuje średnio/dzienne wyżywienie dla rodziny. UE płaci  „rolnikom” za to żeby produkowali mało albo nic. Dopłaty i dofinansowania unijne to pieniądze wyrzucone  w błoto. Pięcioletnie programy z dużym dofinansowaniem skutkowały tym, że nikt nie dążył do ciągłości produkcji. Kończył się program na wiśnie to je wyrywano i na tym samym areale sadzono orzechy.  W rolnictwie tego typu dopłaty skutkują degeneracją rolnictwa i rolników.  Czy Unia w ogóle prowadzi jakąś gospodarkę, czy tylko przeszkadza ? A może to celowe działanie żeby wykończyć konkurencje w krajach wschodnioeuropejskich a potem z powodu niedostatku produktów narzucić bezkarnie ogromne ceny i każdy rodzaj żywności byleby tylko nie umrzeć z głodu.

 

 

20total visits,5visits today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *